Kiedy czujesz się sam: biblijne słowa o Bożej obecności

0
7
Rate this post

Z tego artykułu dowiesz się:

Gdy serce krzyczy: „Jestem sam” – nazwanie doświadczenia

Samotność, która nie zawsze oznacza brak ludzi

Samotność rzadko zaczyna się od pustego pokoju. Często zaczyna się tam, gdzie nikt nie widzi tego, co dzieje się w środku. Można mieć rodzinę, pracę, obowiązki, rozmawiać z ludźmi każdego dnia – a jednocześnie nosić w sercu przekonanie: „Nikt tak naprawdę nie wie, jak mi jest. Nikt mnie nie rozumie”.

To wewnętrzne doświadczenie bycia samemu ma różne twarze. Bywa skutkiem odrzucenia, rozstania, żałoby, choroby, wypalenia, depresji. Bywa też skutkiem długiego, cichego zmęczenia, które narastało latami. Ktoś patrzy z zewnątrz i widzi „normalne” życie. Ty wiesz, że w środku toczy się inna historia.

W takim stanie myśli potrafią być bardzo surowe:

  • „Nikomu na mnie naprawdę nie zależy”.
  • „Ci, którzy coś mówią, robią to z obowiązku”.
  • „Bóg był kiedyś blisko, ale teraz chyba się wycofał”.
  • „Moje modlitwy odbijają się od sufitu”.
  • „Skoro tak długo nic się nie zmienia, to może już nie mam dla Boga znaczenia”.

Same fakty życia (ktoś jest, ktoś dzwoni, ktoś pomaga) nie zawsze są w stanie przebić się przez taki wewnętrzny mur. Dlatego potrzebne jest nazwanie: „Tak, czuję się głęboko samotny/ sam, nawet jeśli obiektywnie nie jestem całkiem sam”. To nie jest fanaberia ani brak wdzięczności – to realne doświadczenie serca.

Samotność emocjonalna, duchowa i egzystencjalna

Żeby lepiej zrozumieć, co się w Tobie dzieje, pomaga odróżnić kilka wymiarów samotności. To nie są sztywne kategorie, raczej szkic, który porządkuje chaos.

Samotność emocjonalna to stan, w którym brakuje poczucia bycia przyjętym z tym, co naprawdę czujesz. Możesz mieć ludzi wokół, ale nie ma nikogo, komu odważyłbyś się powiedzieć: „Tak naprawdę na nic już nie mam siły”, „Myślę o tym, żeby wszystko rzucić”, „Nie rozumiem Boga i jestem na Niego wściekły”. Kiedy nie ma przestrzeni na szczerość, rodzi się głębokie przekonanie: „Muszę to wszystko dźwigać sam”.

Samotność duchowa dotyka relacji z Bogiem. To chwile (czasem bardzo długie okresy), gdy modlitwa staje się sucha, Słowo Boże nie porusza, a dawniej żywe doświadczenie bliskości po prostu gaśnie. Człowiek modli się trochę z przyzwyczajenia, trochę „na wszelki wypadek”, ale w środku rezonuje zdanie: „Bóg jest daleko. Nie odzywa się. Nie reaguje”. Po ludzku – jakby relacja z Nim jednostronnie się urwała.

Samotność egzystencjalna dotyka najgłębszych pytań: „Po co to wszystko?”, „Jaki to ma sens?”, „Czy w ogóle komuś zależy, czy jestem na świecie?”. Pojawia się szczególnie w kryzysach: choroba, utrata bliskiej osoby, rozwód, utrata pracy, załamanie psychiczne. Nagle wszystko, co „ustawiało” dotąd życie, rozpada się. Zewnętrznie wiele rzeczy może się toczyć dalej, ale wewnątrz towarzyszy poczucie stania na krawędzi.

Czasem te wymiary nachodzą na siebie. Ktoś czuje się emocjonalnie nieprzyjęty, to pęka jego obraz Boga, a gdy pęka obraz Boga – wszystko traci sens. Nie zawsze da się to rozplątać. Bóg widzi całość, nawet jeśli Ty widzisz tylko skołowane fragmenty.

Głos emocji a rzeczywistość Bożej obecności

Emocje mają swoje zadanie: mówią, co dzieje się w środku. To, co czujesz, jest prawdziwe jako przeżycie. Gdy serce krzyczy: „Jestem sam”, to naprawdę tak się czujesz. Problem zaczyna się, gdy emocje bierzemy za pełny opis rzeczywistości. Stąd pojawia się myśl: „Skoro czuję się opuszczony, Bóg na pewno mnie opuścił”.

W Biblii emocje nie są cenzurowane. Psalmista woła: „Dlaczego, Panie, stoisz z daleka, w czasach ucisku się kryjesz?” (Ps 10,1). Gdzie indziej: „Dzień i noc wołam, a Ty nie odpowiadasz” (por. Ps 22). To bardzo mocne słowa, a jednak znalazły się w natchnionym tekście. To znak, że Bóg dopuszcza, by człowiek nazwał wobec Niego nawet najciemniejsze myśli.

Emocje są jak termometr – pokazują temperaturę wnętrza, ale nie stanowią całej prawdy o tym, co jest możliwe. Człowiek może czuć się całkowicie sam, a jednocześnie – w perspektywie wiary – być otoczony Bożą obecnością. To napięcie bywa boleśnie trudne, bo rozum czytający obietnice idzie w jedną stronę, a uczucia ciągną w drugą. Bóg nie domaga się od Ciebie, byś udawał, że to napięcie nie istnieje. Zaprasza raczej do tego, by z tym konkretnym bólem stanąć przed Nim.

Lęk przed osądem i „zakazane” pytania

Wielu wierzących ludzi boi się przyznać, że nie czuje Bożej obecności. Pojawia się lęk: „Jeśli powiem, że Bóg wydaje mi się daleki, to zabrzmi jak bluźnierstwo”, „Jeśli przyznam, że trudno mi uwierzyć w Jego dobroć, to znaczy, że jestem złym chrześcijaninem”. Taki wstyd powoduje, że człowiek zostaje sam nie tylko z samotnością, ale też z poczuciem winy z powodu samotności.

Tymczasem Pismo Święte jest pełne pytań, pretensji i krzyku. Hiob kłóci się z Bogiem i zadaje Mu twarde pytania. Psalmista mówi: „Dokąd, Panie, będziesz mnie stale zapominał? Dokąd ukrywać będziesz przede mną swoje oblicze?” (Ps 13,2). Prorocy mają momenty zniechęcenia i bezsilności. Jezus na krzyżu cytuje psalm skargi: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”.

Jeśli w Twoim sercu pojawiają się podobne zdania, nie znaczy to automatycznie, że jesteś „poza wiarą”. Bardziej przypomina to wstąpienie w długą historię ludzi, którzy w ciemności szukali Boga. Uczciwe nazwanie stanu serca jest często pierwszym, bardzo ważnym krokiem ku doświadczeniu, że nie jesteś w tej ciemności sam.

Wolno czuć to, co się czuje – także przed Bogiem

Jeżeli jakiś głos w środku mówi: „Nie wolno ci tak czuć”, „Prawdziwy wierzący nie ma takich myśli”, „Musisz się szybko ogarnąć” – warto go zakwestionować. Bóg zna Twoje wnętrze lepiej niż Ty sam. Nie zaskoczysz Go swoim gniewem, lękiem, rozczarowaniem. On już to wszystko widzi. Ukrywanie emocji przed Bogiem nie sprawi, że one znikną; sprawi jedynie, że będziesz je dźwigać samotnie.

Autentyczny krok wiary w kryzysie często brzmi raczej: „Panie, nic nie czuję. Jest mi Ciebie trudno kochać. Nie rozumiem Cię. Ale przychodzę z tym do Ciebie”. To nie jest bunt przeciwko Bogu, tylko wypowiedziana bezradność. W Piśmie Świętym Bóg często zaczyna zmieniać sytuację właśnie tam, gdzie człowiek przestaje pozować i zaczyna mówić, jak jest.

Bóg, który widzi i słyszy – biblijny obraz Bożej bliskości

„Tyś Bóg, który mnie widzi” – historia Hagar

Jednym z najmocniejszych biblijnych obrazów Bożej obecności pośród samotności jest historia Hagar (Rdz 16). Hagar była niewolnicą, kobietą z marginesu – nie miała wielkiego znaczenia w oczach ludzi. Została wykorzystana w dramacie pragnienia potomstwa Abrahama i Sary. Kiedy sytuacja stała się trudna, została upokorzona i odesłana. Uciekła na pustynię – dosłownie na miejsce, gdzie nie ma nikogo.

Na tej pustyni, w poczuciu odrzucenia, dzieje się coś niezwykłego: Bóg do niej przychodzi. W tradycji starotestamentalnej przesłanie od Boga często przekazuje anioł. Hagar otrzymuje obietnicę, że jej potomstwo nie zginie. Ale dzieje się jeszcze coś – Hagar nadaje Bogu imię: „El-Roi”, co znaczy: „Tyś Bóg, który mnie widzi” (Rdz 16,13).

Dla kogoś, kto czuje się niezauważony, to zdanie może stać się jak kotwica: „Tyś Bóg, który mnie widzi”. Nie jako jednego z milionów, ale jako konkretną osobę ze swoją historią, krzywdami, błędami, lękami. Bóg nie cofa się od skomplikowanych życiorysów; przeciwnie – wchodzi w nie właśnie tam, gdzie wydaje się, że „porządni” ludzie dawno się już wycofali.

Bóg, który zna imię, liczy łzy i nie zapomina

W wielu miejscach Pisma Boża obecność wiąże się ze szczegółową, osobistą troską. Prorok Izajasz wkłada w usta Syjonu słowa: „Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał” (Iz 49,14). To zdanie mogłoby paść z ust każdego, kto przechodzi długi kryzys. Odpowiedź Boga jest bardzo konkretna: „Czy może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie. Oto wyryłem cię na obu dłoniach” (Iz 49,15–16).

Obraz wyrycia na dłoniach znaczy: Bóg nosi Twoje imię w miejscu, które widzi bez przerwy. To nie jest szybki wpis w pamiętniku ani naklejka, którą można odkleić. To zapis, który ma zostać. Gdy coś w Tobie podpowiada: „Bogu wszystko jedno”, ten fragment mówi coś radykalnie innego: „Jesteś stale przed Jego oczami”.

Jezus rozwija ten obraz w bardzo prosty sposób: „Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież ani jeden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” (Mt 10,29–31). Jeśli Bóg ogarnia troską najmniejsze stworzenia, tym bardziej ogarnia ciebie – nawet jeśli emocjonalnie tego nie czujesz.

Obecność „z” cierpiącym, a nie „zamiast” cierpienia

Wielu ludzi nosi w sobie obraz Boga, który – jeśli jest – powinien po prostu usunąć cierpienie. Jeśli nie usuwa, rodzi się przekonanie: „Albo Go nie ma, albo Go nie obchodzi”. Biblia pokazuje jednak inny wzór: obecność Boga nie zawsze oznacza brak trudności, częściej oznacza bycie „z” w trudności.

Tak jest w słowach z Iz 43,1–2: „Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się i nie strawi cię płomień”. Nie ma obietnicy: „Nigdy nie będzie wód, ognia, fal”. Jest obietnica: „Nie przejdziesz przez nie sam, nie zniszczą cię ostatecznie”. To znacznie mniej spektakularne niż nagły cud, ale często o wiele bardziej realne – Bóg podtrzymujący krok po kroku.

Ten sposób działania widać też w historii Izraela: Bóg nie teleportuje swojego ludu z Egiptu prosto do Ziemi Obiecanej. Idzie z nimi przez pustynię: obłok w dzień, ogień w nocy. Z jednej strony – trudny proces, z drugiej – nieustanny znak obecności. Pustynia nie znika, ale nie jest już pustką bez Boga.

Bóg Sędzia czy Bóg Obecny? Zderzenie obrazów

To, jak przeżywasz Boga w samotności, mocno zależy od obrazu Boga, jaki nosisz w sercu. Jeśli głęboko w środku funkcjonuje On jako surowy Sędzia, który przede wszystkim ocenia: „byłeś wystarczająco pobożny czy nie?”, „zasłużyłeś czy nie?”, wtedy kryzys szybko staje się dowodem na to, że „nie zdałeś”. Pojawia się wewnętrzny oskarżyciel: „Gdybyś był lepszy, Bóg by cię nie zostawił”.

Biblijny obraz jest inny. Bóg jest sprawiedliwy, ale ta sprawiedliwość to wierność przymierzu, a nie wyłącznie lista kar i nagród. Mówi: „Powróćcie do Mnie, a Ja powrócę do was” (Ml 3,7), nie: „Znikam, bo sobie nie radzisz”. W przypowieści o synu marnotrawnym Ojciec biegnie naprzeciw dziecku, które wraca po fatalnych wyborach (Łk 15). To Bóg, który szuka sposobu, by przygarnąć, nie pretekstu, by potępić.

Jeśli w trudnym czasie włączysz obraz Boga Obecnego, a nie tylko Sędziego, zmienia się także modlitwa. Zamiast: „Przepraszam, że znowu zawodzę”, może pojawić się: „Jestem całkiem bez sił, przyjmij mnie takiego”. Zamiast: „Obiecuję, że się poprawię, tylko pomóż”, może wybrzmieć: „Sam z siebie nie dam rady, potrzebuję Twojej obecności, nawet jeśli nic nie czuję”.

Gdy wydaje się, że Bóg milczy – biblijne historie samotności

Hiob – szczera rozmowa z Bogiem w bólu

Hiob jest jednym z tych biblijnych bohaterów, którzy przeżywają radykalne doświadczenie samotności. Traci niemal wszystko: majątek, dzieci, zdrowie. Zostaje mu garstka ludzi, którzy fizycznie są obok, ale wewnętrznie nie rozumieją jego bólu. Zamiast współczucia dostaje gotowe teorie: „Na pewno coś zawiniłeś, Bóg cię karze”. To często brzmi znajomo: w kryzysie pojawiają się „doradcy”, którzy zamiast usiąść obok, próbują wytłumaczyć cierpienie.

Hiob nie udaje przed Bogiem. Wypowiada słowa, których wielu z nas bałoby się powiedzieć na modlitwie: oskarżenia, pytania, dramatyczne skargi. Domaga się odpowiedzi. Jego modlitwa nie jest ładna i poprawna, jest prawdziwa. I co ważne: Bóg Hioba nie odrzuca za tę szczerość. Ostatecznie bardziej upomina jego przyjaciół niż jego samego, mówiąc, że nie mówili o Nim „to, co jest słuszne” (Hi 42,7).

Hiob pokazuje, że w chwili, gdy Bóg wydaje się milczeć, można nadal do Niego mówić – nawet bardzo ostro. To forma trzymania się relacji. Kiedy ktoś jest dla ciebie obojętny, przestajesz pytać, przestajesz rozmawiać. Fakt, że nadal mówisz do Boga: „Gdzie jesteś?” jest już jakimś odruchem zaufania. Wnętrze krzyczy do Kogoś, nie w pustkę.

Dawid i psalmy – od dna rozpaczy do pamiętania o wierności

Inną twarzą biblijnej samotności są psalmy Dawida. Wiele z nich zaczyna się od mocnych słów: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Ps 22,2), „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie” (Ps 130,1), „Wylewam przed Nim swoją troskę, bo dusza moja jest nasycona nieszczęściami” (Ps 88,4). To nie są poetyckie metafory do śpiewnika; to zapis realnych kryzysów serca.

W psalmach widać pewien ruch, który może stać się drogowskazem. Często wygląda on tak:

  • uczciwe nazwanie stanu: lęku, rozpaczy, poczucia opuszczenia,
  • wypowiedzenie prośby – czasem bardzo krótkiej: „Ratuj mnie”, „Wysłuchaj mnie”,
  • przypomnienie sobie tego, co Bóg już zrobił: „Wspominam dzieła Pana, przypominam sobie Twoje cuda” (por. Ps 77),
  • zakończenie nutą zaufania, nawet jeśli sytuacja się nie zmieniła: „W Panu swą ufność pokładam” (Ps 11,1).

Nie zawsze wszystkie te elementy występują razem, ale ten schemat uczy ważnej rzeczy: kiedy czujesz się sam, możesz oprzeć się nie na tym, co aktualnie czujesz, ale na tym, co Bóg już zrobił w Twoim życiu lub w historii zbawienia. Dawid wielokrotnie „dopowiada” sobie na modlitwie: „Teraz nic nie widzę, ale pamiętam, że wyprowadziłeś mnie wcześniej z innych ciemności”.

Możesz spróbować podobnie: w chwili rozsypania wrócić myślą choćby do jednego momentu, kiedy czułeś, że Bóg jest blisko – albo do jakiejś biblijnej historii Jego wierności. To nie jest udawanie ani autosugestia, tylko oparcie się na pamięci, gdy teraźniejszość mówi coś przeciwnego.

Eliasz pod jałowcem – prorok, który chciał zrezygnować

Prorok Eliasz kojarzy się z wielką mocą: cudami, zwycięstwem nad prorokami Baala, ogniem z nieba. A jednak przychodzi moment, gdy po ludzku się załamuje. Ucieka na pustynię przed groźbami królowej, siada pod krzakiem i mówi: „Dosyć już, Panie! Weź moje życie” (1 Krl 19,4). To słowa człowieka, który nie ma siły i motywacji, który jest samotny w swoim posłannictwie.

Odpowiedź Boga jest bardzo czuła i jednocześnie prosta. Nie ma długiej mowy motywacyjnej ani reprymendy w stylu: „Jak możesz tak mówić, przecież jesteś prorokiem!”. Najpierw przychodzi anioł, który dotyka Eliasza i mówi: „Wstań, jedz” (1 Krl 19,5). Chleb, woda, odpoczynek – zwyczajne rzeczy, których często najbardziej brakuje w kryzysie. Dopiero potem, po drodze, przychodzi delikatne pytanie: „Co ty tu robisz, Eliaszu?” i rozmowa w ciszy Horebu.

W tej scenie samotny, wyczerpany człowiek zostaje potraktowany nie jak żołnierz, który musi „zacisnąć zęby”, ale jak ktoś, kto potrzebuje zadbania o ciało i serce. Gdy czujesz się sam, Bóg nie mówi: „Weź się w garść”. Zaczyna od tego, by cię podtrzymać, nakarmić, dać odpocząć – czasem bardzo konkretnie przez ludzi, lekarza, psychologa, przyjaciela. Jego obecność często przechodzi przez zwyczajne gesty troski.

Między obietnicą a jej spełnieniem – długie czekanie jako przestrzeń samotności

Wiele biblijnych historii to opowieści o czasie „pomiędzy”: między słowem obietnicy a jej spełnieniem. Abraham czeka na syna. Izrael czeka na wyjście z niewoli. Naród czeka na Mesjasza. Ten czas bywa bardzo samotny, bo zewnętrznie nic się nie dzieje. Są tylko słowa, które trzeba nosić w sercu, i codzienność, która zdaje się im przeczyć.

Jeśli jesteś w takim „pomiędzy” – czekasz na poprawę zdrowia, pojednanie w rodzinie, wyjście z depresji, na jakąś decyzję życiową – możesz doświadczać właśnie tego milczenia. Biblia nie bagatelizuje tego doświadczenia. Pokazuje ludzi, którzy czasem latami trwali w obietnicy bez widocznych zmian. Ich wierność nie polegała na idealnej pogodzie ducha, ale na tym, że mimo wątpliwości nie odwrócili się plecami.

W tej perspektywie samotność staje się miejscem dojrzewania zaufania, a nie dowodem na nieobecność Boga. On jest obecny właśnie w czasie czekania, choć rzadko w sposób spektakularny. Często w bardzo cichych, małych znakach, które łatwo przeoczyć, gdy człowiek oczekuje jednego wielkiego cudu.

Modliszka modląca się, zamaskowana na pniu drzewa w naturalnym otoczeniu
Źródło: Pexels | Autor: Joel Zar

Jezus w samotności – Bóg, który zna noc serca „od środka”

Jezus kuszony na pustyni – samotność, w której rodzi się „tak”

Zanim Jezus zaczyna publiczną działalność, Duch Święty prowadzi Go na pustynię (Mt 4,1). To miejsce fizycznej samotności, braku rozproszeń, ale też intensywnej konfrontacji. Przez czterdzieści dni jest sam – bez uczniów, bez tłumów, bez wsparcia innych ludzi. Właśnie tam przychodzi kuszenie: propozycja łatwiejszych dróg, skrótów, ucieczki od krzyża.

Jezus przeżywa to jako człowiek. Jego zmaganie jest realne. Ta scena pokazuje, że Bóg w Jezusie nie omija ludzkiej samotności, tylko wchodzi w nią świadomie. Pustynia staje się miejscem, gdzie Jego „tak” dla Ojca zostaje pogłębione i oczyszczone. Nie w komfortowych warunkach, ale w ciszy, głodzie, narażeniu.

Kiedy sam przechodzisz przez „pustynię”, możesz w niej spotkać nie abstrakcyjną ideę Boga, lecz Jezusa, który zna ten teren. Wie, jak wygląda walka z pokusą, by wszystko rzucić, by szukać natychmiastowego ulżenia za wszelką cenę. Nie patrzy z dystansu. Jest Tym, który był tam pierwszy.

Samotna modlitwa Jezusa – szukanie Ojca w nocy

Ewangelie kilkakrotnie pokazują Jezusa, który odchodzi od ludzi, by modlić się w samotności: „Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił” (Mk 1,35). Po intensywnym dniu uzdrowień i nauczania, zamiast spać dłużej, Jezus szuka kontaktu z Ojcem w ciszy.

To ważny obraz: nawet Syn Boży, żyjąc jako człowiek, potrzebował czasu sam na sam z Ojcem. Samotność nie jest więc z definicji złem, które trzeba w całości wypełnić bodźcami. Może stać się przestrzenią spotkania. Różnica między destrukcyjną samotnością a twórczą samotnością polega często na tym, czy w tej przestrzeni jest miejsce na relację – choćby niedoskonałą i „suchą” – z Bogiem.

Jeśli więc zdarza ci się, że wszyscy śpią, a ty nie możesz zasnąć; że jedziesz sam w autobusie, siedzisz przy oknie w kawiarni, spacerujesz wieczorem – te chwile nie muszą być tylko czasem „pustego przewijania telefonu”. Mogą stać się krótkim wejściem w taką właśnie samotną modlitwę: zdanie, westchnienie, kilka minut milczącej obecności. Jezus zna tę formę bycia sam i jest w niej blisko.

Ogród Getsemani – Jezus, którego „przyjaciele zasnęli”

Jednym z najbardziej przejmujących obrazów samotności Jezusa jest modlitwa w Getsemani (Mt 26,36–46). Prosi uczniów: „Pozostańcie tu i czuwajcie ze Mną”, a oni zasypiają. Trzy razy. To doświadczenie wielu ludzi: w najtrudniejszym momencie najbliżsi „odpadli”, nie dali rady być. Nie dlatego, że są źli – czasem po prostu nie potrafią unieść ciężaru czyjegoś cierpienia.

Jezus zostaje sam z lękiem tak wielkim, że „Jego pot stał się jak gęste krople krwi, spływające na ziemię” (Łk 22,44). Mówi: „Smutna jest moja dusza aż do śmierci” (Mt 26,38). To zdanie może być echem podobnych słów w Twoim sercu. W odpowiedzi nie ma od razu widzialnej ulgi – jest raczej głęboka zgoda: „Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. To przyjęcie drogi, której po ludzku się nie chce.

Jeśli czujesz się niezrozumiany, zostawiony przez ludzi, którzy mieli być, możesz usłyszeć w Getsemani, że Jezus zna tę ranę. Nie banalizuje ludzkiego zawodu. Przyjmuje go na siebie. I właśnie tam – w miejscu zdrady i snu uczniów – zaczyna się najgłębsze objawienie Bożej miłości. Bóg nie rezygnuje z kochania w chwili największej samotności.

„Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” – noc krzyża

Na krzyżu Jezus wypowiada słowa z Psalmu 22. Nie jest to teatralny cytat, ale prawdziwa modlitwa człowieka, który wchodzi w samo centrum ludzkiej opuszczoności. Te słowa pokazują, że Jezus doświadcza od środka tego, co dla wielu jest najtrudniejsze: poczucia, że nawet Bóg się oddalił.

Teologia mówi, że Ojciec nie opuścił Syna, że Trójca nie przestaje być jednością. A jednak odczucie Jezusa jest realne: całkowita ciemność, brak pocieszenia, dno samotności. Można powiedzieć: tam, gdzie człowiek ma wrażenie, że wreszcie jest naprawdę sam, już był Jezus. To nie usuwa bólu jak gumką, ale zmienia jego znaczenie: nie jest to już bezsensowna pustka, ale miejsce, w którym Bóg staje tuż obok – w samym środku krzyku.

Jeżeli w najgorszych momentach modlitwa rozbija się o mur, możesz po prostu powtórzyć słowa Jezusa: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. To nie jest rezygnacja z wiary, lecz wejście w Jego modlitwę. To przyznanie: „Jestem w nocy, tak jak Ty byłeś”. W tej wspólnocie „nocy” dokonuje się coś bardzo cichego – zjednoczenie z Jezusem, które nie opiera się na uczuciach, ale na uczestnictwie w Jego drodze.

Konkretny fundament: obietnice Bożej obecności na czas kryzysu

„Nie lękaj się, bo Ja jestem z tobą” – stały refren Biblii

Jednym z najczęściej powtarzanych zdań w Piśmie Świętym jest wezwanie: „Nie lękaj się”. Towarzyszy mu zwykle uzasadnienie: „bo Ja jestem z tobą”. Bóg nie mówi: „Nie bój się, bo wszystko się ułoży po twojej myśli”, lecz: „Nie bój się, bo nie będziesz przez to przechodzić sam”. To zasadnicza różnica.

Tak jest, gdy Bóg rozmawia z Jozuem stojącym przed trudnym zadaniem: „Czyż nie przykazałem ci: Bądź mężny i mocny? Nie lękaj się i nie drżyj, ponieważ z tobą jest Pan, Bóg twój, wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz” (Joz 1,9). Słowa „wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz” obejmują także miejsca, których byś sobie nie wybrał: szpital, gabinet terapeuty, puste mieszkanie po rozstaniu, nowe miasto, w którym nikogo nie znasz.

Te obietnice nie są magiczną formułką przeciwko lękowi, ale prawem do tego, by w lęku trzymać się czyjejś ręki. Możesz być przestraszony i jednocześnie przyjmować: „On jest ze mną w tym strachu”. To bardziej relacja niż zadanie do wykonania.

„Ja jestem z wami przez wszystkie dni” – obecność Jezusa pośród zwyczajności

Po zmartwychwstaniu Jezus zwraca się do uczniów słowami, które stają się jednym z fundamentów chrześcijańskiej nadziei: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). To zdanie nie jest skierowane tylko do ludzi, którzy akurat coś czują w modlitwie. Obejmuje także tych, którzy przeżywają duchową pustkę, rozproszenie, rutynę.

Jezus nie mówi: „Będę z wami, kiedy będziecie idealnie się modlić” ani: „Będę z wami, gdy będziecie wszystko rozumieć”. Mówi: „przez wszystkie dni”. Także te nudne, szare, przeciętne, w których nic spektakularnego się nie dzieje; te rozbite między pracę, zakupy, pranie, dojazdy, scrollowanie wiadomości; te, w których samotność jest raczej cichym tłem niż ostrym bólem.

Gdy budzisz się rano i czujesz ciężar dnia; kiedy wracasz wieczorem do pustego mieszkania; kiedy po raz kolejny jesz obiad w samotności – te chwile nie są „poza zasięgiem” obietnicy. „Przez wszystkie dni” znaczy również: w dni, które z Twojej perspektywy nie wnoszą nic duchowego. Obecność Jezusa nie jest nagrodą za wyjątkowy nastrój ani za idealne skupienie, ale darem danego raz na zawsze Przymierza.

Jeśli trudno Ci w to uwierzyć, możesz odwrócić perspektywę. Zamiast próbować „poczuć obecność Jezusa”, zatrzymaj się na chwilę i powiedz: „Jezu, Ty powiedziałeś, że jesteś. Więc jeśli jesteś wierny swojemu słowu, to teraz – w tym dokładnie momencie, w tej kuchni, w tym autobusie, w tym łóżku – jesteś przy mnie. Ja nie czuję nic, ale Ty jesteś”. To proste przypomnienie przenosi ciężar z Twoich emocji na Jego wierność.

„Choćbym przechodził przez ciemną dolinę” – Bóg w samym środku lęku

Psalm 23 jest jednym z najczęściej cytowanych tekstów w chwilach lęku i samotności. „Choćbym chodził doliną cienia śmierci, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23,4). Zwraca uwagę to, czego tam nie ma: psalmista nie mówi, że dolina zniknie, że Bóg ją zabierze, że nie będzie strachu. Mówi tylko – a może aż – o obecności pośrodku ciemności.

Ciemna dolina może mieć różne imiona: choroba, samotne rodzicielstwo, wdowieństwo, długotrwała depresja, rozpad małżeństwa, kryzys wiary. Kiedy w niej jesteś, często nie widzisz wyjścia. Czujesz raczej ciasnotę, duszność, gęste powietrze. W takim doświadczeniu łatwo uwierzyć, że skoro jest tak ciemno, to znaczy, że Bóg wyszedł. Psalm mówi coś odwrotnego: to właśnie tam On idzie obok.

Czasem pomocne jest bardzo konkretne zastosowanie tej obietnicy. Możesz nazwać swoją dolinę: „Panie, to jest moja ciemna dolina: bezsenne noce, lęk przed jutrem, poczucie bycia nikomu niepotrzebnym”. A potem dodać: „Nie musisz jej natychmiast usuwać. Proszę Cię tylko: idź przez nią ze mną”. To prosta modlitwa, która nie udaje, że wszystko jest w porządku, ale też nie zakłada, że w ciemności jesteś zdany wyłącznie na siebie.

„Nie porzucę cię ani nie opuszczę” – obietnica na długą drogę

List do Hebrajczyków przypomina starotestamentalną obietnicę Boga: „Nie porzucę cię ani nie opuszczę” (Hbr 13,5). Te słowa pierwotnie skierowane do ludu Izraela zostają wzięte do ust pierwszych chrześcijan jako słowo aktualne tu i teraz. Gdy Kościół je powtarza, nie chodzi o pobożne hasło, ale o zakorzenienie się w tym, co Bóg już obiecał i potwierdził w historii.

„Nie porzucę cię” oznacza: nawet jeśli Twoje życie się skomplikuje; jeśli po ludzku „nie wyjdzie”; jeśli popełnisz błędy, których sam przed sobą nie umiesz wybaczyć – On nie wycofa się pierwszy. „Nie opuszczę” znaczy: nie zostawiam cię w połowie drogi, nie mówię: „Poradzi sobie sam, wystarczy”. Ta obietnica jest szczególnie ważna, gdy wstyd lub poczucie winy wzmacnia doświadczenie samotności.

Jeśli nosisz w sobie myśl: „Sam jestem sobie winien; sam się w to wpakowałem; Bóg ma prawo odwrócić się ode mnie”, możesz spokojnie postawić obok niej to jedno zdanie: „Nie porzucę cię ani nie opuszczę”. To zdanie nie usuwa odpowiedzialności, ale rozbraja lęk, że kara za Twoje wybory ma formę Bożej nieobecności. Miłość Boga nie cofa się tam, gdzie człowiek pobłądził. Raczej wchodzi w miejsce zagubienia, żeby poprowadzić z powrotem.

„Przyjdę do was” – Duch Święty jako Obecny w sercu

Jezus, zapowiadając swoją śmierć i odejście do Ojca, mówi uczniom: „Nie zostawię was sierotami, przyjdę do was” (J 14,18). Obietnica spełnia się w darze Ducha Świętego. To ważne, bo dotyka właśnie doświadczenia „sieroctwa wewnętrznego”: poczucia, że nie ma nikogo, kto naprawdę byłby „za mną”, że w kluczowych momentach każdy koniec końców jest sam.

Duch Święty jest nazwany „Pocieszycielem” (Parakletem), co można też przetłumaczyć jako „Ten, który staje obok, by wspierać”. Nie zawsze daje ciepłe emocje czy nadzwyczajne doświadczenia. Często działa bardzo zwyczajnie: podsuwa myśl, by do kogoś zadzwonić; daje siłę, by wstać z łóżka mimo braku motywacji; przypomina jedno zdanie z Pisma, które trzyma cię przy nadziei. To także forma Bożej obecności.

Kiedy mówisz: „Duchu Święty, przyjdź”, nie prosisz więc o abstrakcyjną energię, ale o realną, osobową obecność Kogoś, kto zna całe Twoje wnętrze. Nawet jeśli nic specjalnego nie poczujesz, możesz spokojnie przyjąć: On już jest. Ta prosta wiara stopniowo zmienia sposób patrzenia na samotność: z absolutnej pustki w przestrzeń, w której ktoś we mnie modli się nawet wtedy, gdy ja sam nie mam już słów.

Jak przyjąć tę obecność, gdy nic się nie czuje – praktyczne ścieżki

Małe, wierne „tak” – zgoda, która nie czeka na idealne emocje

Jednym z najtrudniejszych doświadczeń jest sytuacja, gdy ktoś mówi: „Bóg jest przy tobie”, a Ty wewnętrznie odpowiadasz: „Nic na to nie wskazuje”. Emocje są puste, rozum pełen pytań, modlitwa wydaje się rozmową z sufitem. Wtedy przyjęcie Bożej obecności zaczyna się nie od uczuć, ale od małego, często ledwo wyczuwalnego „tak”.

To „tak” może brzmieć bardzo prosto: „Panie, nie czuję Cię, ale nie chcę się zamykać. Jeśli jesteś, możesz zostać”. Albo: „Nie rozumiem tego, co się dzieje, ale nie wyrzucam Cię z mojego życia”. Nie jest to heroiczna deklaracja wielkiej wiary, lecz pokorna decyzja, by nie zatrzaskiwać drzwi. Bóg potrafi bardzo wiele zbudować na takim kruchym „tak”.

Jeśli masz wrażenie, że nie dajesz rady nawet na tyle, możesz zacząć jeszcze prościej: „Boże, chciałbym chcieć Cię przyjąć. Na razie umiem tylko tyle”. To też jest modlitwa. W takich słowach nie ma udawania ani przemocy wobec siebie, jest za to prawda – a ona szczególnie przyciąga Bożą delikatność.

Ciało jako narzędzie wiary – kiedy gesty mówią za serce

Kiedy wewnątrz wszystko jest sparaliżowane, pomocne bywa włączenie ciała. W Biblii ludzie modlą się nie tylko słowami, ale również postawą: klękają, podnoszą ręce, kładą się twarzą do ziemi, poszczą. Gesty nie są magią, ale mogą wyrazić coś, czego serce jeszcze nie umie wypowiedzieć.

Możesz spróbować bardzo prostych kroków, dostosowanych do Twojej sytuacji:

  • usiąść na chwilę prosto, odłożyć telefon i po prostu zrobić znak krzyża, nawet jeśli „nic nie czujesz”;
  • zapalić świecę wieczorem w jednym, stałym miejscu, jako znak: „Panie, to jest Twoje miejsce przy mnie”;
  • na kilka minut uklęknąć (jeśli zdrowie na to pozwala) lub po prostu pochylić głowę i powiedzieć: „Jestem tu, jak umiem”.

Dla kogoś może to wydawać się zbyt małe. Jednak właśnie małe, powtarzane gesty tworzą w sercu coś w rodzaju ścieżki, którą stopniowo łatwiej przejść. Ciało, które pamięta te gesty, potrafi czasem „pociągnąć” za sobą serce, zwłaszcza w chwilach, gdy wnętrze jest jak zamrożone.

Krótka modlitwa na dno samotności – słowa, które można szeptać

W chwili silnego napięcia czy rozpaczy trudno układać długie modlitwy. Myśli się plączą, a każde zdanie wydaje się sztuczne. Wtedy przydają się bardzo krótkie, proste słowa, które można powtarzać jak oddech. Kilka przykładów:

  • „Jezu, Ty jesteś tu” – jedno zdanie wypowiadane powoli, z przerwą po każdym słowie;
  • „Panie, Ty wiesz” (por. J 21,17) – gdy brak sił, by cokolwiek tłumaczyć;
  • „Nie zostawiaj mnie samego/samej” – wołanie psalmisty przełożone na własne słowa;
  • „W Twoje ręce powierzam mój dzisiejszy dzień/noc” (por. Łk 23,46).

Nie chodzi o to, by powtarzać je mechanicznie jak zaklęcia. Raczej o to, by w chwili, gdy serce krzyczy, mieć coś, czego można się uchwycić. Nawet jeśli na początku słowa brzmią pusto, z czasem stają się jak utwardzony brzeg, przy którym można się zatrzymać, gdy fale emocji uderzają zbyt mocno.

„Nie muszę czuć, żeby być w relacji” – przepracowanie oczekiwań

Wielu ludzi ma w sobie ukryte przekonanie: „Jeśli nie czuję nic na modlitwie, to znaczy, że nie mam relacji z Bogiem”. To trochę tak, jakby powiedzieć: „Jeśli dziś nie czuję wzruszenia wobec przyjaciela, nasza przyjaźń przestała istnieć”. Relacja nie znika tylko dlatego, że uczucia opadły. W dojrzalszych więziach to normalne, że emocje falują, a czasem znikają na dłużej.

Podobnie jest z Bogiem. Są okresy zachwytu, entuzjazmu, „miodowego miesiąca” wiary. Ale bywa też zwykłość, a czasem nawet chłód. To nie musi oznaczać, że coś poszło nie tak. Niekiedy jest to etap, w którym Bóg jakby cofa widoczne znaki, żeby wiara mniej opierała się na przyjemnych uczuciach, a bardziej na zaufaniu.

Możesz więc świadomie powiedzieć sobie: „To, że nic nie czuję, nie unieważnia mojej modlitwy”. Nawet bardzo suchy czas, w którym po prostu siedzisz w ciszy i nucisz w sercu jedno imię: „Jezu”, ma wartość. To właśnie wtedy miłość oczyszcza się z oczekiwania natychmiastowej nagrody. Bóg nie zapisuje Twojej modlitwy w zależności od intensywności uczuć, lecz od wierności serca.

Obecność Boga w drugim człowieku – kiedy trudno modlić się samemu

Samotność duchowa łatwo zamyka w sobie: „Skoro i tak nikt mnie nie rozumie, po co mam komukolwiek mówić o tym, jak jest?”. Tymczasem w Piśmie Świętym Bóg bardzo często przychodzi przez innych ludzi. Pocieszenie nie spada z nieba jak błyskawica, ale przychodzi w postaci czyjejś obecności, telefonu, zaproszenia na spacer. Otworzyć się na Bożą obecność oznacza nieraz pozwolić, by dotknęła cię czyjaś zwyczajna życzliwość.

Jeśli sam na modlitwie grzęźniesz, możesz poszukać kogoś, kto pomoże ci nieść ten ciężar: spowiednika, kierownika duchowego, terapeutę, zaufanego przyjaciela. To nie dowód słabości wiary, tylko wyraz prawdy o człowieku: zostaliśmy stworzeni do relacji. Bóg, który jest wspólnotą Osób, bardzo często uzdrawia samotność, wprowadzając w konkretną, ludzką więź.

Czasem ten krok wydaje się zbyt wielki. Wtedy można zacząć skromniej: napisać krótką wiadomość do osoby, z którą od dawna nie było kontaktu; po Mszy zostać chwilę dłużej i zamienić dwa słowa z kimś, kogo kojarzysz z ławki; zapisać się do małej grupy w parafii czy wspólnocie. Nie chodzi o to, by od razu mieć krąg bliskich przyjaciół. Chodzi o pierwszy, mały ruch w stronę wyjścia z izolacji, w którym może działać Bóg.

Słowo Boże jako miejsce spotkania – czytać, nawet gdy tekst „nie trafia”

Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

Czy jeśli czuję się samotny mimo wiary, to znaczy, że Bóg mnie opuścił?

Silne poczucie samotności nie jest dowodem na to, że Bóg się wycofał. Emocje pokazują, jak jest w środku, ale nie opisują całej rzeczywistości. Można autentycznie doświadczać pustki, a jednocześnie – w perspektywie wiary – być objętym Bożą obecnością.

Psalmista, Hiob czy prorocy miewali poczucie, że Bóg milczy i jest daleko. Ich słowa trafiły do Biblii, co pokazuje, że takie doświadczenie mieści się w wierze, a nie stoi z definicji poza nią. Sam fakt, że z tym bólem zwracasz się do Boga, jest już formą relacji, a nie jej brakiem.

Jak modlić się, gdy nic nie czuję i mam wrażenie, że modlitwy „odbijają się od sufitu”?

W takim stanie pomaga prosta, szczera modlitwa bez udawania: „Panie, nic nie czuję. Nie rozumiem Cię. Ale przychodzę z tym do Ciebie”. Można czytać psalmy skargi (np. Ps 13, Ps 22) i robić z nich własne słowa. To daje język, gdy brakuje sił na własną modlitwę.

Pomocne bywa też:

  • krótka, powtarzana modlitwa („Jezu, ufam Tobie”, „Tyś Bóg, który mnie widzi”),
  • trwanie w ciszy przed Bogiem nawet kilka minut dziennie, bez presji na „doświadczenia”,
  • powrót do jednego zdania z Pisma, które daje minimalną nadzieję, i noszenie go w ciągu dnia.

To nie są „magiczne sposoby”, ale proste formy wierności, gdy uczucia zawodzą.

Czy wolno mieć pretensje do Boga i zadawać Mu trudne pytania?

W Biblii pełno jest ludzi, którzy mówią do Boga bardzo ostro: „Dlaczego stoisz z daleka?”, „Dokąd będziesz mnie stale zapominał?”, „Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”. To znaczy, że Bóg dopuszcza tak szczery język i nie odrzuca człowieka za jego pytania.

Pretensja może być formą wołania: „Zależy mi na Tobie, ale nie rozumiem”. O wiele bardziej oddala od Boga udawanie, że wszystko jest w porządku, gdy w środku narasta bunt i rozczarowanie. Uczciwe wypowiedzenie tego przed Nim często bywa początkiem zmiany, a nie jej końcem.

Jak odróżnić zwykłą potrzebę kontaktu z ludźmi od głębszej samotności duchowej?

Samotność emocjonalna pojawia się, gdy brakuje kogoś, komu można bez lęku powiedzieć, co naprawdę się czuje. Można mieć wielu znajomych, a jednocześnie nosić przekonanie: „Nikt mnie nie rozumie, ze wszystkim jestem sam”. To sygnał, że chodzi nie tylko o ilość relacji, ale o ich głębię.

Samotność duchowa dotyczy głównie relacji z Bogiem: modlitwa staje się sucha, Słowo Boże nie porusza, dawniej żywa więź jakby zgasła. Często te dwa wymiary się przenikają – gdy człowiek nie czuje się przyjęty przez ludzi, trudniej mu zaufać też Bogu. Pomaga nazwanie obu tych poziomów osobno: „brakuje mi bliskich ludzi” i „nie czuję Bożej obecności”. Dzięki temu łatwiej szukać konkretnej pomocy.

Jakie biblijne fragmenty mogą pomóc, gdy czuję się bardzo samotny?

W chwilach samotności szczególnie wspierające bywają:

  • historia Hagar i jej słowa: „Tyś Bóg, który mnie widzi” (Rdz 16) – dla tych, którzy czują się niezauważeni,
  • psalmy skargi i ufności (np. Ps 13, Ps 22, Ps 23, Ps 42) – pomagają nazwać własne emocje i jednocześnie uchwycić się nadziei,
  • słowa Jezusa: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20) – jako obietnica obecności niezależnie od uczuć.

Wybierz jeden tekst, który najbardziej do Ciebie przemawia, przeczytaj go powoli kilka razy i zamień jego fragment w krótką, osobistą modlitwę.

Czy moje uczucia samotności są „grzechem” albo dowodem słabej wiary?

Samo uczucie nie jest grzechem. Smutek, gniew na Boga, poczucie opuszczenia – to sygnały, że coś w środku bardzo boli. Bóg zna Twoje wnętrze lepiej niż Ty sam, więc niczym Go nie zaskoczysz. Problem zaczyna się wtedy, gdy z lęku lub wstydu zamykasz się przed Nim i przed ludźmi, udając, że wszystko jest w porządku.

Wiara w kryzysie często nie wygląda jak spokojna pewność, tylko jak chwiejne: „Nie rozumiem, ale jeszcze raz do Ciebie przychodzę”. To nie jest „gorsza” wiara – to wiara zraniona, ale prawdziwa. Zamiast oskarżać się za to, co czujesz, możesz uczynić z tych uczuć materiał na rozmowę z Bogiem i, jeśli to możliwe, z zaufaną osobą.

Co mogę zrobić, jeśli czuję, że „muszę wszystko dźwigać sam”?

Ten wewnętrzny przymus samotnego dźwigania często rodzi się z doświadczeń odrzucenia, zawiedzionego zaufania czy lat funkcjonowania „na silnym”. Pierwszym krokiem jest nazwanie tego wprost: „Tak, noszę w sobie przekonanie, że nie mam na kogo się oprzeć”. Już samo wypowiedzenie tego przed Bogiem może być ulgą.

Warto też małymi krokami testować inną drogę:

  • powiedzieć jednej, choćby częściowo zaufanej osobie o fragmencie swojego ciężaru,
  • skorzystać z rozmowy z duszpasterzem lub terapeutą, jeśli ból jest długotrwały,
  • na modlitwie prosić wprost: „Pokaż mi, Panie, że nie muszę wszystkiego nosić sam. Pokaż konkretne osoby i konkretne znaki Twojej obecności”.

To nie usuwa cierpienia z dnia na dzień, ale stopniowo osłabia wewnętrzną samotność, w której człowiek jest „sam ze swoim ciężarem wobec świata i Boga”.

Bibliografia i źródła

  • Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu (Biblia Tysiąclecia, wyd. V). Wydawnictwo Pallottinum (2003) – Tekst biblijny: Psalmy, Hiob, Ewangelie, Rdz 16 (Hagar), słowa Jezusa na krzyżu
  • Katechizm Kościoła Katolickiego. Libreria Editrice Vaticana (1992) – Nauczanie o modlitwie w oschłości, doświadczeniu opuszczenia i Bożej obecności
  • Youcat. Katechizm Kościoła Katolickiego dla młodych. Wydawnictwo Księży Marianów (2011) – Przystępne wyjaśnienie wiary, modlitwy, cierpienia i poczucia oddalenia od Boga
  • Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu. Od chrztu w Jordanie do Przemienienia. Wydawnictwo M (2007) – Komentarz do psalmów, modlitwy Jezusa, sensu wołania „Boże mój, czemuś Mnie opuścił”
  • Anselm Grün, Samotność. Nowa szansa na spotkanie z samym sobą i z Bogiem. Wydawnictwo WAM (2010) – Refleksja duchowa o samotności emocjonalnej, duchowej i egzystencjalnej
  • Thomas Merton, Nikt nie jest samotną wyspą. Wydawnictwo Znak (2011) – Rozważania o relacji z Bogiem, doświadczeniu izolacji i sensie wspólnoty
  • Viktor E. Frankl, Człowiek w poszukiwaniu sensu. Wydawnictwo Czarna Owca (2009) – Analiza kryzysu egzystencjalnego, pytania o sens cierpienia i samotności

Poprzedni artykułMikronawyk na 60 sekund: „Panie, bądź przy mnie” w środku dnia
Łukasz Sikora
Łukasz Sikora przygotowuje treści, które pomagają czytać Biblię uważnie i bez pośpiechu. Zwraca uwagę na strukturę fragmentu, powtarzające się motywy i logikę argumentu, a potem przekłada je na proste wskazówki do modlitwy i życia. Weryfikuje cytaty, korzysta z różnych tłumaczeń i zestawia dany tekst z innymi miejscami Pisma, by zachować spójność przesłania. Pisze o sensie, odpowiedzialności i codziennym zaufaniu Bogu, szczególnie w chwilach niepewności. Ceni klarowność i uczciwe stawianie pytań.